niedziela, 22 marca 2020

Kraina czekoladą płynąca

Mnóstwo bajek poruszało moją dziecięcą wyobraźnię, ale nie każda tak mocno, jak ta. Trudno byłoby teraz podsumować, ile razy była czytana. A właściwie, to ile razy maltretowana była jej pierwsza strona z ilustracją przedstawiającą krainę z czekoladową rzeką. Naprawdę, nie pamiętam na czym opierała się fabuła tej bajki i szczerze wątpię, bym za każdym razem czytała ją do końca. Bardziej prawdopodobne jest to, że dla mnie ta historia kończyła się na tej pierwszej stronie. Zwykle gdy ja chłonęłam każdy szczegół ilustracji, moja mama pewnie produkowała się nad wersją alternatywną opowieści (w czym zresztą do dzisiaj jest najlepsza). Ja w tym czasie z dziecięcym brakiem skrupułów w ogóle jej nie słuchałam, a z uwagą obserwowałam jedynie sam bajkowy krajobraz.


O Kuchciku, o Nadziei i o drzwiach zamkniętych” to bajka autorstwa Lucyny Krzemienieckiej, wchodząca w skład cyklu Cudowne okulary z 1932 roku. Ja posiadam wydanie drugie wydawnictwa Nasza Księgarnia, z roku 1980. Opowiada historię królewny Ślicznotki  rozpieszczonej młodej osóbki, posiadającej sześć Pań-Niań oraz mebelki z czekolady. Jednym z jej kaprysów jest rejs statkiem na Zaczarowaną Wyspę  oczywiście nieprzemyślany i niebezpieczny, co okazuje się być rodzajem nauczki dla córki. Całą wyprawę ratuje Kuchcik oraz Pani Nadzieja. Historia, standardowo, z powodu rozwagi kucharza, kończy się jego ślubem z księżniczką. Oczywiście jest to bajka mająca uczyć pokory i unikania zachcianek, magicznym sposobem pomijając rolę rodzica w wychowaniu dziecka. Nauka płynąca z bajki to:
1. Należy dbać o dobro innych i powstrzymywać się od kaprysów; lub:
2. Nie grymaś, bo tata wyda cię za kucharza i będziesz za niego smażyć kotlety.
Muszę jednak podkreslić, że w mojej wersji brakuje druku na jednej stronie, więc mogło mnie coś ominąć.

Nie pamiętam, bym sama jakoś szczególnie grymasiła, ale jeżeli tak, to pewnie często żądałam czytania mi właśnie tej bajki. Tak czy inaczej, nie wnikając już za bardzo w zmianę sposobu budowania opowiadań dla dzieci na przestrzeni lat, całą historię poznałam dopiero wczoraj, gdy w końcu przeczytałam ją w całości.



Skoro już się przyznałam, że w zasadzie średnio przejmowało mnie to, o czym dana bajka jest, a roztrząsałam w swoim własnym dziecięcym świecie jedynie ilustracje, to warto się chwilę przy nich zatrzymać. Autorem tych w bajce O Kuchciku... jest Zdzisław Witwicki, szerzej znany z Wróbelka Elemelka oraz Krasnala Hałabały. W dzieciństwie sam tworzył ilustracje do swoich lektur szkolnych, a w dorosłej pracy w wydawnictwie Nasza Księgarnia zgarniał dużą ilość zleceń dotyczących dziecięcej literatury. Praca ilustratora prac przeznaczonych dla dzieci nie jest jednak tak sielankowa  jak sam podkreślał, dzieci są bardzo dociekliwymi odbiorcami. Przy całej swobodzie twórczej i różnie przyjętych stylach, to co w tekście, musi znaleźć się na rysunku1. Dzieci dostrzegą każdy najdrobniejszy szczegół, między innymi z powodu wielogodzinnego lustrowania każdej ilustracji, co potwierdza mój własny przykład. I tak, nie uszły mej uwadze śliczne garnuszki, którymi postaci przy rzece nabierają czekoladę.



Skoro więc to właśnie  bajkowa rzeka jest tym, co do dzisiaj porusza me serce, nie obędzie się bez wykonania gorącej czekolady. Na blogu podawałam juz kiedyś jeden przepis na ten magiczny wręcz napój, w wersji zdecydowanie dla dorosłych. Topienie całej tabliczki czekolady w mleku daje z pewnością spektakularne efekty, jednak taka ilość słodkości może być nieco zamulająca. Wypróbowałam więc nieco inny przepis, według Jamiego Olivera. Bazuje na ciemnym kakao i mniejszej ilości gorzkiej czekolady, samą konsystencję zapewnia dodatek mąki kukurydzianej. Jest więc to pewien kompromis pomiędzy przesadzoną słodyczą, a odpowiednią konsystencją. Ponadto mozliwość przygotowania dużej ilości suchych składników i przechowywanie ich w słoiku daje nadzieję na przyszłość. Poniżej podaję więc nieco zmieniony oryginalny przepis  nie dlatego, że jestem taka cool i wiem jak będzie lepiej. Po prostu nie wszystkie składniki posiadam w domu, a i nie mam potrzeby robienia dużej ilości na zapas. Niech Was nie kusi dodanie większej ilości mąki kukurydzianej, bo granica między gęstą gorącą czekoladą a budyniem jest cienka. W mojej wersji znajdziecie nieco zmienione proporcje, na dwie małe filiżanki lub jeden duży kubek gorącej czekolady. Ilość odpowiednia na wzmocnienie i poprawę nastroju.




Czekolada prosto z rzeki
2 porcje:
1 szklanka mleka
1 łyżeczka mąki kukurydzianej
2 łyżeczki cukru pudru
2 łyżki ciemnego kakao w proszku
30g gorzkiej czekolady (6-8 kostek)

Wymieszać razem suche składniki, dodać startą czekoladę. Podgrzać mleko, partiami dodawać gotowy proszek i dokładnie mieszać, by uniknąć grudek. Doprowadzić do wrzenia i gotować kilka minut, aż czekolada zgęstnieje. Gotową przelać do filiżanek, pić powoli i stopniowo zatracać się w bajkowym świecie.
__________
https://www.dziennikwschodni.pl/magazyn/pan-ilustrator-zdzislaw-witwicki,n,1000091103.html

L. Krzemieniecka, O Kuchciku, o Nadziei i o drzwiach zamkniętych, Warszawa 1980.

wtorek, 17 marca 2020

Epidemia miłości

Jestem w tej uprzywilejowanej grupie, która nie musi bez potrzeby wychodzić z domu. Nie muszę się martwić, w którym autobusie będzie najwięcej ludzi lub tym, ile osób przyjdzie dziś do mojego miejsca pracy. Mogę się grzecznie stosować do zaleceń i rozważać, czy lepiej czytać książkę, czy też obejrzeć film. Cóż mogę począć z tym całym szczęściem w nieszczęściu? Dziś wybieram napisanie tekstu o jedzeniu ukazanym w najpiękniejszym filmie o... rozprzestrzenianiu się zarazy. Wiem, że w obecnej sytuacji nikt nie chce ani czytać o epidemii, ani oglądac filmów o takiej tematyce. Ja też nie. Z drugiej strony, patrzenie zarówno na dobre jedzenie, jak i na Ewana McGregora (wymiennie Evę Green) zwykle poprawia nastrój. Zaryzykuję więc. Choć być może powinnam przemyśleć mój sposób na radzenie sobie ze stresem.



Bohaterem dzisiejszego wpisu jest film Ostatnia miłość na ziemi (Perfect sense). Opisując w jednym zdaniu fabułę: przestawia on nieznaną bliżej epidemię, w wyniku której kolejni zarażeni tracą po kolei wszystkie zmysły. Ostrzegam, że w tekście pojawią się fragmenty, które można uznać za małe spoilery, jednak tylko te dotyczącego samego ukazania jedzenia, kilka faz po traceniu kolejnych zmysłów. Podaję także w jaki sposób ukazane społeczeństwo stara się dalej funkcjonować. Uprzedzam więc na początku tych, którzy tytułu tego nie widzieli, a lubią podchodzić do filmu jak do wielkiej niespodzianki.

By wytłumaczyć fakt pojawienia się tej produkcji na blogu, podaję także pewien istotny element: jednym z głównych bohaterów jest Michael (Ewan McGregor), pracujący jako szef kuchni. 




Początek

Na początku, gdy nikt nie dostrzega jeszcze powagi sytuacji, można zaszaleć w kuchni. Pierwszym bliżej określonym daniem pojawiającym się na ekranie, jest przygotowany po godzinach w restauracyjnej kuchni policzek żabnicy. Do tego dochodzi deser, do wyboru: galaretka z mango, czekoladowe makarony lub coś kokosowego. Jak na moje oko, jest to prosty krem kokosowy, choć zapewne bardziej wyrafinowany od mojej wersji. Zresztą w obecnej sytuacji każdy składnik, którego nie mamy w domu, będzie już wyszukanym. Nie namawiam do stania w kolejkach, a raczej przemyślenia opcji zakupów przez internet. Krem kokosowy można stworzyć wymiennie używając mleka kokosowego, mleka w proszku, nie dodając czekolady lub zastępując ją serkiem, a kokosa można w ogóle olać. Ale wtedy to już będzie tylko coś.



Coś kokosowego
200g śmietany kremówki
2 tabliczki białej czekolady
szklanka wiórków kokosowych

Białą czekoladę połamać na kawałki i roztopić w kąpieli wodnej. Lekko ostudzić. Wiórki kokosowe rozbrobnić w malakserze. Można tez dodać je w całości, ale zmieni to nieco strukturę deseru. Schłodzoną śmietankę ubijać do momentu uzyskania gładkiego, gęstego kremu (ale nie na bitą śmietanę). Wmieszać roztopioną czekoladę i wiórki. Gotowy krem rozłożyć do niewielkich naczyń, najlepiej małych kieliszków. Schłodzić w lodówce, najlepiej przez całą noc.


Zmysł powonienia

Warto zdać sobie sprawę z tego, jak duży wkład w odczuwanie smaku ma zmysł powonienia. Jest istotny od samego początku: przy ocenie świeżości składników potrawy, aż do wpływu na odbiór smaku już przygotowanego dania. Gdy kolejne osoby zaczynają tracić węch, siłą rzeczy restauracje pustoszeją, jednak nie na tak długo, jak można by się spodziewać. Rozwiązanie problemu restauracji okazuje się dość proste  wystarczy wprawić w ruch ciężką artylerię. Wszystkie wydawane potrawy muszą być... mocniej doprawione. Zdaje to egzamin, sale stopniowo się zapełniają, a ludzie przyzwyczajają swoje kubki smakowe. Niestety, tylko zapachu świeżo zaparzonej kawy o poranku nic nie zastąpi.

Nawet, jeżeli lodówka świeci u nas pustkami, to zwykle na bocznej półce stoi rządek słoików. U mnie zwykle są to trzy otwarte musztardy, jeden prawie pusty po majonezie, który dawno już stracił datę ważności, a mimo to nadal nieźle wygląda i koncentrat pomidorowy w podobnym stanie. Niezaprzeczalnym mistrzem gromadzenia sosów w pustej lodówce jest oczywiście Edward Norton w Podziemnym kręgu, jednak ja plasuję się na miejscu zaraz za nim. Poniższa propozycja jest więc wykonalna w większości domów. Tak samo, oliwę można zastąpić innym olejem, a ocet cytryną. Musztardę na pewno macie.

Octowy shot
Wymieszać w równych częściach oliwę, musztardę i ocet lub sok z cytryny. W warunkach normalnych użyć jako sosu do sałatki, w przypadku utraty węchu  przechylić z kieliszka na raz.


Zmysł smaku

Jak widać, jest wyjście, a restauracje się nie zrażają. Przychodzi jednak moment utraty kolejnego zmysłu, tak ważnego dla branży gastronomicznej. To moment, w którym należy zadać pytanie: Jak gotować dla osób, które nie czują smaku?



Gdy traci się jedną rzecz, trzeba dać coś w zamian. A właściwie podkreślić to, co jest stałym ważnym czynnikiem odbioru jedzenia, chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. 

Restauracja pozostała miejscem spotkań, gdzie można posłuchać nalewanego wina i stukania kieliszków. 

Takie miejsce to coś więcej niż samo jedzenie: to atmosfera i estetyka otoczenia, odgłosy gotowania i rozmów przy każdym stoliku. Nam obecnie pozostaje zabawa w restaurację w domu. Zresztą całkiem niezła.

A co z samym jedzeniem? Jednak nie przyjdziemy do restauracji tylko po to, by siedzieć i słuchać stukających talerzy, główny bohater musi się w jakieś formie objawić. Problem rozwiązano” skupiając uwagę na konsystencji jedzenia. To zbiór wrażeń: twardości, struktury, czy też lepkości, z których nadal można czerpać satysfakcję. Na koniec zostawiamy także wygląd: zawsze istotny w celu wzbudzania apetytu, lecz w takiej sytuacji od estetyki jedzenia oczekuje się jeszcze więcej.
W filmowej restauracji doceniono takie nowatorsko podchodzące do tematu dania, jak lekki pudding z karmelizowanymi orzechami, jasnopomarańczowy sorbet i ciemnoniebieski deser z jagód i czarnej porzeczki. Ja wykonałam coś o wiele prostszego, jednak równie przyjemnego w chrupaniu. I nie są to czipsy.

Błyszczący karmel
Szklankę cukru (najlepiej trzcinowego) wsypać do garnka o grubym dnie, dodać 2-3 łyżki wody i podgrzewać. Mieszać tylko do momentu roztopienia się kryształków, później tylko uważnie obserwować. To, czy jest już gotowy można sprawdzić nabierając odrobinę na łyżeczkę i spuszczając kroplę do naczynia z zimną wodą  powinien zastygnąć. Kontrolować jego stan można także poprzez kolor karmelu. Gdy jest bardzo jasny, to znaczy, że za wcześnie. Gdy jest czarny, to za późno. Nabierać na łyżeczkę i tworzyć nim dowolny wzór na papierze do pieczenia. Pozostawić do zastygnięcia.




Bliżej końca

Co robi restauracja, gdy infekcja obejmuje kolejne zmysły? W wyniku skali epidemii, samo miejsce zostaje zamknięte, a jej pracownicy wynajęci do gotowania dla osób będących w kwarantannie.


Tłuszcz i mąka to wszystko czego potrzebujemy, by przeżyć.

To słowa wypowiadane przez zrozumiale zdołowanego właściciela restauracji, prorocze i nieco dyskredytujące makaron do poziomu najmniej wykwintnego dania. W skład zestawu, doręczanego osobom w kwarantannie przez odpowiednie służby, wchodzi bulion i czysty makaron  czyli tłuszcz i mąka. Być może lepszym rozwiązaniem byłoby serwowanie owsianki, która zawiera nieco więcej składnikow odżywczych. Musze przyznać, że nie należy ona do moich ulubionych dań, nie tylko ze względu na walory smakowe, lecz na jej ciaplatą konsystencję. Gdy jednak zapada epidemia i zmieniają się priorytety, dobrze jest liczyć na właśnie taką zdrową podstawę. Na szczęście jest to potrawa, z którą wbrew pozorom można nieco poeksperymentować i podrasować jej charakter.

Owsianka niedoceniona
Płatki owsiane
Mleko
Dowolny kremowy serek, np. mascarpone, ricotta
Orzechy, miód i inne dowolne dodatki

Płatki i mleko powinny być w proporcji 1:2. Podprażyć je wcześniej na suchej patelni, dopiero potem zalać w rondelku mlekiem i zacząć podgrzewać. Dodać ulubione dodatki: u mnie podprażone orzechy i miód. Warto także wmieszać niewielką ilością serka. Równie dobre efekty daje kontrast temperatur: gotową ciepłą owsiankę należy zalać w misce zimnym mlekiem. Zaskakująco dobre i proste.


Kończąc gadanie o jedzeniu i powracając do samego filmu: uderzające jest to, w jak spokojny sposób ukazane jest życie w czasie tak groźnej epidemii. Ludzie przyzwyczajają się. Znajdują nowe sposoby w mniej wygodnym życiu. Mimo przeszkód, życie toczy się dalej. Mogłoby się wydawać, że film jest o tej wielkiej filmowej miłości, pełnej uniesień i jedynej prawdziwej, odróżniającej się od reszty otoczenia. O doświadczeniach, które nie każdy ma okazję zaznać. Mówi on jednak o czymś, co dotyczy wszystkich ludzi, całej społeczności. Bazuje na przekonaniu, że sytuacje kryzysowe zbliżają do siebie ludzi. Momentach, w których wszystko inne wydaje się mnie ważne i nieistotne, a sam przelotny związek tym niezastąpionym. Na pewnym dobrym egoizmie, w którym do przetrwania potrzebujemy jedynie siebie nawzajem.


Jedna tylko uwaga. Niezależnie od sytuacji i mimo braku zmysłu smaku – nie warto jeść mydła. Nawet z Ewanem.

__________
Ostatnia miłość na Ziemi (Perfect sense), reż. David Mackenzie, Dania/Irlandia/Szwecja/Wielka Brytania 2011.

wtorek, 10 marca 2020

O tej wstrętnej kawie z automatu

Myślę, że każdy przynajmniej raz miał styczność z automatem sprzedającym gorące napoje. I jestem niemal pewna, że wybranym produktem pierwszej potrzeby była kawa. Widok tego rodzaju maszyny na pewno poprawia nastrój w trudnej sytuacji, gdy naprawdę potrzebujemy kofeiny, tu i teraz


Automaty czasem są powodem naszego strachu. Strachu przed tym, że dostaniemy nie to, co zamówiliśmy. A zdarza się to nad wyraz często. Do najczęstszych wariacji w tym temacie należą: 
kubek bez kawy, 
kawa bez kubka,
kawa bez wody, 
wrzątek bez kawy.
Gdzie zgłosimy nasze niezadowolenie z usługi, skoro sprzedawcy nie widać na horyzoncie? Będziemy dzwonić do serwisu z powodu 3 złotych? Można się pocieszyć, że jest to i tak lepsza sytuacja, niż podmienienie kubeczka z płynem do płukania.




Dzisiaj, mimo większej ilości przycisków, zakup kawy wygląda już zdecydowanie prościej. Technologia poszła do przodu. Teraz elektroniczny, dotykowy ekran na bieżąco informuje nas o stanie automatu. Z wyświetlanych komunikatów dowiemy się wielu pożytecznych rzeczy na temat aktualnego stanu maszyny. Między innymi, są to tego typu informacje:
awaria terminala,
brak drobnych,
brak kawy, 
brak wody,
brak chęci do życia.


A jednak, nie rezygnujemy z zakupów w automacie. Często dlatego, że nie mamy alternatywy  termos uległ destrukcji, a kawiarnia za daleko. Jaka więc jest ta złowroga kawa? Wiele można o niej powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest wyśmienita. Zanim jednak zaczniemy ją tak surowo oceniać, zastanówmy się: czy tak naprawdę ktokolwiek oczekuje aromatycznego napoju, ze świeżo mielonych ziaren, o wyjątkowych nutach smakowych... w automacie? Raczej każdy akceptuje fakt, że jest to energetyczny produkt kawopodobny. Ważne, by był gorący.

Dlaczego jednak mieszanie kawy z cukrem (dla zabicia smaku) w papierowym kubeczku budzi we mnie jak najbardziej pozytywne uczucia? Myślę, że jest to powodowane samą możliwość wypicia czegoś gorącego w niesprzyjających warunkach, zakorzenione w czasach, kiedy jeszcze kawa na wynos w kawiarniach wcale nie była standardem. Na dodatek, jest to jednak napój świeżo przygotowany, a nie leżący w termosie od kilku godzin, gdzie z każdą minutą staje sie odrobinę chłodniejszy.

Ale dobra, są to argumenty, które bez problemu można zbić. Jest jednak jeszcze jeden aspekt kupowania gorących napojów z automatu. I to bardzo ważny.


Otóż, kupowanie w tego typu maszynach wzmacnia więzi społeczne. Stanie w kolejce do automatu z kawą można porównać do wyjścia na papierosa w pracy lub na imprezie. Odkąd nie palę, mój udział w życiu towarzyskim niestety nieco się zmniejszył. Teoretycznie mogłabym namawiającym znajomym z klasą odpowiadac jak Russell Crowe w Dowodzie życia, że palę tylko wtedy, gdy blefuję. Jednak ciężko jest ukryć żal po straconych  niepoznanych najlepszych plotkach i niepokój, że jednocześnie możesz stać się ich głównym tematem. Musisz więc znaleźć alternatywę, bo całkiem wypadniesz z ostatków kręgu towarzyskiego.
Jak widać, nie zawsze chodzi tylko o samą kawę i jej smak, zwykle pozostawiający wiele do życzenia. Według przeprowadzonej ankiety napój zakupiony w automacie polepsza samopoczucie 25,3% respondentów. Otwarte pozostaje pytanie, czy kawa wypijana jest w odosobnieniu, czy w towarzystwie, wzmacniając więzi społeczne, co też może mieć wpływ na pozytywne odczucia respondentów1.

Automaty zwykle umieszczone w strategicznym punkcie, przy wejściu lub innym wystarczająco tłocznym miejscu. Możesz tam spotkać znajomych. Czasem warto też zaszaleć i pogadać nawet z nieznajomymi. Sama usilnie próbuje kogoś poderwać metodą na drobne, ale na razie się nie udało. Zresztą wprowadzenie możliwości płatności kartą krzyżuje takie plany. Obecnie niekóre automaty aspirują nawet do bycia inteligentną maszyną, rozpoznającą twarze klientów i proponującą produkty w oparciu o historię zamówień danej osoby2. Osobiście się z żadną nie spotkałam, ale pojawia się w mojej głowie przerażająca wizja, że będzie się z nią łatwiej rozmawiać niż z prawdziwą osobą.

Jednymi z pierwszych automatów vendingowych, oferujących spragnionym kofeiny gorącą kawę, były te wprowadzone krótko po transformacji ustrojowej  w 1992 roku  przez spółkę SPOCO3. Szybko zyskują na popularności, a ich społeczny aspekt na pewno doceniło wiele pracowników dużych firm. W jak wielu wyglądało to jak w polskiej wersji Camera Cafe? Produkcja ta musiała stworzyć możliwość utożsamiania się z sytuacją bohaterów, co po części tłumaczy popularność tego mini-serialu (poza głównym czynnikiem w postaci Tomasza Kota).


Okolice automatów stają się miejscem spotkań, mimo że sama idea tego typu sprzedaży miała ograniczyć kontakt z innymi ludźmi. W Polsce pojawiają się o wiele później, niż w innych częściach świata: na przykład w Stanach Zjednoczonych, no i oczywiście w Japonii. Amerykański Automat, wprowadzony przez Josepha Horna i Franka Hardarta w 1902 roku, stworzony został po raz pierwszy w Niemczech, już w roku 1895. Nie był on całkowicie zautomatyzowanym urządzeniem, znanym obecnie z okolic dworców i uczelni, ale rodzajem restauracji. Za ścianą, niewidoczny dla klientów personel przygotowywał zamawiane posiłki, które póżniej umieszczane były w skrytkach. Odbierający zamówienie klient nie miał kontaktu ani z kucharzami, ani z kelnerami. Co istotne, Automat oferował także zakup świeżo zaparzonej kawy – być może nieco lepszej jakości w porównaniu do tej, jaką obecnie możemy w podobnej maszynie znaleźć4.

Pocztówka z lat 30., przedstawiająca Automat i oferowane produkty, źródło: Wikimedia Commons
Automat na Manhattanie, 1936 r., źródło: Wikimedia Commons

To jak, spotkamy się przy automacie?
__________
1 A. Rój, Wybrane zachowania konsumentów na rynku kawy z automatów vendingowych, "Handel wewnętrzny" 2017, tom 366, zeszyt 1, s. 301.
2 Ibidem, s. 229.
https://www.forbes.pl/przywodztwo/jak-wyglada-polski-rynek-vendingowy/2eh862w
4 B. Strauss, The Rise and the Fall of the Automat. Or Whatever happened to Horn & Hardart?https://www.thoughtco.com/the-rise-and-fall-of-the-automat-4152992

Mr. Bean, odcinek 12: Tee Off, Mr. Bean, reż. John Birkin, Wielka Brytania 1995.
Camera Cafe, Polska 2004.