sobota, 4 kwietnia 2020

Club Tropicana, drinks are free!

Jeżeli tak jak ja potraficie odpocząć zajmując się jedynie kompletnym „nicnierobieniem” – to tutaj znajdziecie do tego motywację. Być może (nie, z pewnością) jestem leniem, który przedkłada błogie patrzenie w sufit z niczym nie powodowanym, lekko obłąkańczym uśmiechem, nad produktywne spędzanie czasu i sumienne wypełnianie obowiązków. „Co się odwlecze, to nie uciecze”, jeśli coś trzeba zrobić, to prędzej czy później i tak zrobione zostanie. Wiem, że dla wielu odkładanie zadań na jutro, których góra po tygodniu zbierania każdego mogłaby przysypać, napawa strachem, a racjonalne planowanie swojego dnia daje wiele korzyści i spokój ducha. Ale czasem nie ma nic lepszego od dania sobie samemu rozgrzeszenia w postaci zdania „zajmę się tym jutro”. To jak ten budzik nastawiany na 10 minut wcześniej, po to, by z satysfakcją odwrócić się na tą chwilę na drugi boczek.

A może właśnie dzisiaj jest dobry moment na odrobinę hedonistycznych przyjemności i zapomnienia o świecie? Moja propozycja nie do odrzucenia jest następująca: przytargajcie swoje doniczkowe palemki, nalejcie pół-świeżego zaprawionego soku do szklanki i spędźcie dzień z Georgem Michaelem. A gdzie? W Clubie Tropicana, oczywiście. Tylko piasku nie wysypujcie na podłogę, bo ciężko się potem odkurza.


drinki


Zanim jednak zupełnie pochłonie nas relaks w basenie z drinkiem w ręce, odrobina moralitetów. Jak mniej oficjalne źródła głoszą, popularny utwór Wham! z 1983 roku nie gloryfikuje uciech i swawoli znanych i co bogatszych osobistości w Pikes Hotel na Ibizie, lecz ma być pastiszem tego stylu życia oraz przemycać krytykę pod przykrywką drinków z palemką1. My, zjadacze chleba powszedniego, możemy sie to z łatwością wyczuć, że tekst nie jest na poważnie – no bo kto uwierzy w takie cuda jak darmowe drinki? Nawet gdyby przyjąć, że obsługa hotelu to wolontariusze, to i tak w dalszym ciągu nie jest to wernisaż. Być może drinki te wcale nie są darmowe, lecz niezapłacone. W końcu, a przynajmniej według Bourdaina, bogacze, do cholery, nigdy nie płacą. Zapominają o czymś tak przyziemnym.

Jedna z rzeczy, o której zapomniałem, jeśli chodzi o nieprzyzwoicie bogatych ludzi, na którą zwróciłem uwagę podczas krótkiej styczności z nimi w czasach college'u, to fakt, że ludzie bogaci od pokoleń, od dawien dawna, że te skurwysyny za nic nie płacą. Nie noszą przy sobie gotówki i nawet karty kredytowe zdają się zawsze być... gdzieś indziej, jakby wszelkie małe sumy pieniędzy, które są akurat potrzebne, nie zasługiwały na uwagę. Lepiej ty zapłać. I ja, a jakże, płaciłem. Za codzienne i conocne upijanie się zbyt drogimi drinkami, przekupywanie barmanów, by nocą, pod koniec zmiany, zabierali nas swoimi prywatnymi samochodami i odwozili w miejsce, w którym według niej mogliśmy przenocować. Jakiś gówniany pokój w motelowym stylu w cenie apartamentu w St. Regis. I kolejne drinki.2

W tym świetle można jeszcze nieśmiało zasugerować, że fragment pack your bags and leave tonight oznacza uciekanie w pośpiechu z nieuregulowanym rachunkiem.


Mnóstwo zabawy i słońca, a przegapisz jedynie morze. Kto by się tym przejmował.  Ja na pewno nie, bo do morza i tak mam zbyt daleko. Kiedyś co prawda wyobrażałam sobie, że odłos przejeżdżających pociągów za oknem wraz z ich trąbieniem, to hałas statków towarowych wpływających do portu, ale to wywołuje niezbyt ciepłe skojarzenia: nie z upalnym morskim klimatem, lecz raczej przyklejającą się do całego ciała kurtką przeciwdeszczową i równie niesamowicie przyległymi okularami, przez które już dawno nie widać morza. Ani niczego innego. W takiej sytuacji raczej pragniemy gorącej kawy, a nie przerażająco zimnego drinka.

By jednak nie zrobiło się zbyt chłodno, wróćmy do słonecznych napojów pitych na pontonie. Jakie cechy drink powinien posiadać, by móc się nim w pełni cieszyć? Odpowiedzi na to pytanie szukałam w podręcznym zbiorze przepisów z lat 70. pod nazwą Cocktaile alkoholowe. Poradnik barmana, autorstwa Jerzego Barańskiego i Jerzego Sitko3. Wymieniają oni pięć naprawdę podstawowych cech, z którymi trudno do dziś się nie zgodzić. Wystarczy jeden zły ruch, by nasz relaks nie był kompletny. Pamiętajcie więc o tym, że dobry drink góruje nad pozostałymi alkoholami w wersji solo, tylko wtedy, gdy:
Pobudza apetyt,
Zaspokaja pragnienie,
Stanowi zharmonizowaną kompozycję smakową,
Wywołuje przyjemne samopoczucie,
Jest zimny.




W ramach relaksu poprzestać można na typowym polskim drinku, czyli relaksującej wódce ze szklanką z napojem pomarańczowym. Szczerze mówiąc, mimo licznych wypitych drinków, prostota Screwdriver zawsze do mnie przemawia. A już najbardziej po trzech porcjach. 

Drink ten przy całej swej łatwości wykonania może jedynie budzić nieco wątpliwości w samym nazewnictwie. Często pod jedną wspólną nazwą Harcerzyk występują dwa drinki: jeden to wspominany już Śrubokręt, a drugi to jego wersja z sokiem grejpfrutowym, czyli Salty Dog. Ponadto w czeluściach internetu natknąć się można na dość zaawansowane polemiki o to, czym był Harcerzyk – dla jednych jest to wódka z sokiem grejpfrutowym, dla innych z colą, a dla kolejnych wódka z syropem malinowym... a nawet wino rozcienczone wodą mineralną. Czy więc Harcerzyk to nazwa zarezerwowana jedynie dla tego pomarańczowego napoju bogów, czy też jest to ogólne określenie na wychylenie czegoś mocniejszego w towarzystwie? Moje braki podstawowej wiedzy alkoholowej szybko uzupełnił Słownik języka polskiego PWN, który uświadamia, że harcerzyk, poza byciem porządnym chłopcem w dziwnym stroju, jest także wódką rozcieńczoną sokiem owocowym. Zdaje się, że dowolnym.

W końcu czas na drinka. Jako, że jak już wspominałam – jestem leniem – to ograniczę się dziś do minimum koktajlowego wysiłku i pozostanę przy zwykłym Śrubokręcie. Czy też Harcerzyku.


Screwdriver
50 ml wódki
100 ml soku pomarańczowego
kostki lodu
cukier i plasterki cytrusów dla bajeru

Wymieszać wódkę z sokiem i lodem. Szklankę ozdobić plasterkiem owoca oraz starym i dobrym brzegiem z cukru, zanurzając wcześniej krawędź kieliszka koktajlowego w soku z cytryny. Drink przelać do kieliszka i rozpocząć domowe opalanie przy mocnej żarówce.

PS Wiem, że będziecie teraz cały dzień nucić Club Tropicana. Nie ma za co.
__________
2 Anthony Bourdain, O, kuchnia! Kill Grill 3 (Medium Raw. A Bloody Valentine to the World of Food and the People Who Cook), Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012.
3 Jerzy Barański, Jerzy Sitko, Cocktaile alkoholowe. Poradnik barmana, Warszawa 1978.

niedziela, 22 marca 2020

Kraina czekoladą płynąca

Mnóstwo bajek poruszało moją dziecięcą wyobraźnię, ale nie każda tak mocno, jak ta. Trudno byłoby teraz podsumować, ile razy była czytana. A właściwie, to ile razy maltretowana była jej pierwsza strona z ilustracją przedstawiającą krainę z czekoladową rzeką. Naprawdę, nie pamiętam na czym opierała się fabuła tej bajki i szczerze wątpię, bym za każdym razem czytała ją do końca. Bardziej prawdopodobne jest to, że dla mnie ta historia kończyła się na tej pierwszej stronie. Zwykle gdy ja chłonęłam każdy szczegół ilustracji, moja mama pewnie produkowała się nad wersją alternatywną opowieści (w czym zresztą do dzisiaj jest najlepsza). Ja w tym czasie z dziecięcym brakiem skrupułów w ogóle jej nie słuchałam, a z uwagą obserwowałam jedynie sam bajkowy krajobraz.


O Kuchciku, o Nadziei i o drzwiach zamkniętych” to bajka autorstwa Lucyny Krzemienieckiej, wchodząca w skład cyklu Cudowne okulary z 1932 roku. Ja posiadam wydanie drugie wydawnictwa Nasza Księgarnia, z roku 1980. Opowiada historię królewny Ślicznotki  rozpieszczonej młodej osóbki, posiadającej sześć Pań-Niań oraz mebelki z czekolady. Jednym z jej kaprysów jest rejs statkiem na Zaczarowaną Wyspę  oczywiście nieprzemyślany i niebezpieczny, co okazuje się być rodzajem nauczki dla córki. Całą wyprawę ratuje Kuchcik oraz Pani Nadzieja. Historia, standardowo, z powodu rozwagi kucharza, kończy się jego ślubem z księżniczką. Oczywiście jest to bajka mająca uczyć pokory i unikania zachcianek, magicznym sposobem pomijając rolę rodzica w wychowaniu dziecka. Nauka płynąca z bajki to:
1. Należy dbać o dobro innych i powstrzymywać się od kaprysów; lub:
2. Nie grymaś, bo tata wyda cię za kucharza i będziesz za niego smażyć kotlety.
Muszę jednak podkreslić, że w mojej wersji brakuje druku na jednej stronie, więc mogło mnie coś ominąć.

Nie pamiętam, bym sama jakoś szczególnie grymasiła, ale jeżeli tak, to pewnie często żądałam czytania mi właśnie tej bajki. Tak czy inaczej, nie wnikając już za bardzo w zmianę sposobu budowania opowiadań dla dzieci na przestrzeni lat, całą historię poznałam dopiero wczoraj, gdy w końcu przeczytałam ją w całości.



Skoro już się przyznałam, że w zasadzie średnio przejmowało mnie to, o czym dana bajka jest, a roztrząsałam w swoim własnym dziecięcym świecie jedynie ilustracje, to warto się chwilę przy nich zatrzymać. Autorem tych w bajce O Kuchciku... jest Zdzisław Witwicki, szerzej znany z Wróbelka Elemelka oraz Krasnala Hałabały. W dzieciństwie sam tworzył ilustracje do swoich lektur szkolnych, a w dorosłej pracy w wydawnictwie Nasza Księgarnia zgarniał dużą ilość zleceń dotyczących dziecięcej literatury. Praca ilustratora prac przeznaczonych dla dzieci nie jest jednak tak sielankowa  jak sam podkreślał, dzieci są bardzo dociekliwymi odbiorcami. Przy całej swobodzie twórczej i różnie przyjętych stylach, to co w tekście, musi znaleźć się na rysunku1. Dzieci dostrzegą każdy najdrobniejszy szczegół, między innymi z powodu wielogodzinnego lustrowania każdej ilustracji, co potwierdza mój własny przykład. I tak, nie uszły mej uwadze śliczne garnuszki, którymi postaci przy rzece nabierają czekoladę.



Skoro więc to właśnie  bajkowa rzeka jest tym, co do dzisiaj porusza me serce, nie obędzie się bez wykonania gorącej czekolady. Na blogu podawałam juz kiedyś jeden przepis na ten magiczny wręcz napój, w wersji zdecydowanie dla dorosłych. Topienie całej tabliczki czekolady w mleku daje z pewnością spektakularne efekty, jednak taka ilość słodkości może być nieco zamulająca. Wypróbowałam więc nieco inny przepis, według Jamiego Olivera. Bazuje na ciemnym kakao i mniejszej ilości gorzkiej czekolady, samą konsystencję zapewnia dodatek mąki kukurydzianej. Jest więc to pewien kompromis pomiędzy przesadzoną słodyczą, a odpowiednią konsystencją. Ponadto mozliwość przygotowania dużej ilości suchych składników i przechowywanie ich w słoiku daje nadzieję na przyszłość. Poniżej podaję więc nieco zmieniony oryginalny przepis  nie dlatego, że jestem taka cool i wiem jak będzie lepiej. Po prostu nie wszystkie składniki posiadam w domu, a i nie mam potrzeby robienia dużej ilości na zapas. Niech Was nie kusi dodanie większej ilości mąki kukurydzianej, bo granica między gęstą gorącą czekoladą a budyniem jest cienka. W mojej wersji znajdziecie nieco zmienione proporcje, na dwie małe filiżanki lub jeden duży kubek gorącej czekolady. Ilość odpowiednia na wzmocnienie i poprawę nastroju.




Czekolada prosto z rzeki
2 porcje:
1 szklanka mleka
1 łyżeczka mąki kukurydzianej
2 łyżeczki cukru pudru
2 łyżki ciemnego kakao w proszku
30g gorzkiej czekolady (6-8 kostek)

Wymieszać razem suche składniki, dodać startą czekoladę. Podgrzać mleko, partiami dodawać gotowy proszek i dokładnie mieszać, by uniknąć grudek. Doprowadzić do wrzenia i gotować kilka minut, aż czekolada zgęstnieje. Gotową przelać do filiżanek, pić powoli i stopniowo zatracać się w bajkowym świecie.
__________
https://www.dziennikwschodni.pl/magazyn/pan-ilustrator-zdzislaw-witwicki,n,1000091103.html

L. Krzemieniecka, O Kuchciku, o Nadziei i o drzwiach zamkniętych, Warszawa 1980.

wtorek, 17 marca 2020

Epidemia miłości

Jestem w tej uprzywilejowanej grupie, która nie musi bez potrzeby wychodzić z domu. Nie muszę się martwić, w którym autobusie będzie najwięcej ludzi lub tym, ile osób przyjdzie dziś do mojego miejsca pracy. Mogę się grzecznie stosować do zaleceń i rozważać, czy lepiej czytać książkę, czy też obejrzeć film. Cóż mogę począć z tym całym szczęściem w nieszczęściu? Dziś wybieram napisanie tekstu o jedzeniu ukazanym w najpiękniejszym filmie o... rozprzestrzenianiu się zarazy. Wiem, że w obecnej sytuacji nikt nie chce ani czytać o epidemii, ani oglądac filmów o takiej tematyce. Ja też nie. Z drugiej strony, patrzenie zarówno na dobre jedzenie, jak i na Ewana McGregora (wymiennie Evę Green) zwykle poprawia nastrój. Zaryzykuję więc. Choć być może powinnam przemyśleć mój sposób na radzenie sobie ze stresem.



Bohaterem dzisiejszego wpisu jest film Ostatnia miłość na ziemi (Perfect sense). Opisując w jednym zdaniu fabułę: przestawia on nieznaną bliżej epidemię, w wyniku której kolejni zarażeni tracą po kolei wszystkie zmysły. Ostrzegam, że w tekście pojawią się fragmenty, które można uznać za małe spoilery, jednak tylko te dotyczącego samego ukazania jedzenia, kilka faz po traceniu kolejnych zmysłów. Podaję także w jaki sposób ukazane społeczeństwo stara się dalej funkcjonować. Uprzedzam więc na początku tych, którzy tytułu tego nie widzieli, a lubią podchodzić do filmu jak do wielkiej niespodzianki.

By wytłumaczyć fakt pojawienia się tej produkcji na blogu, podaję także pewien istotny element: jednym z głównych bohaterów jest Michael (Ewan McGregor), pracujący jako szef kuchni. 




Początek

Na początku, gdy nikt nie dostrzega jeszcze powagi sytuacji, można zaszaleć w kuchni. Pierwszym bliżej określonym daniem pojawiającym się na ekranie, jest przygotowany po godzinach w restauracyjnej kuchni policzek żabnicy. Do tego dochodzi deser, do wyboru: galaretka z mango, czekoladowe makarony lub coś kokosowego. Jak na moje oko, jest to prosty krem kokosowy, choć zapewne bardziej wyrafinowany od mojej wersji. Zresztą w obecnej sytuacji każdy składnik, którego nie mamy w domu, będzie już wyszukanym. Nie namawiam do stania w kolejkach, a raczej przemyślenia opcji zakupów przez internet. Krem kokosowy można stworzyć wymiennie używając mleka kokosowego, mleka w proszku, nie dodając czekolady lub zastępując ją serkiem, a kokosa można w ogóle olać. Ale wtedy to już będzie tylko coś.



Coś kokosowego
200g śmietany kremówki
2 tabliczki białej czekolady
szklanka wiórków kokosowych

Białą czekoladę połamać na kawałki i roztopić w kąpieli wodnej. Lekko ostudzić. Wiórki kokosowe rozbrobnić w malakserze. Można tez dodać je w całości, ale zmieni to nieco strukturę deseru. Schłodzoną śmietankę ubijać do momentu uzyskania gładkiego, gęstego kremu (ale nie na bitą śmietanę). Wmieszać roztopioną czekoladę i wiórki. Gotowy krem rozłożyć do niewielkich naczyń, najlepiej małych kieliszków. Schłodzić w lodówce, najlepiej przez całą noc.


Zmysł powonienia

Warto zdać sobie sprawę z tego, jak duży wkład w odczuwanie smaku ma zmysł powonienia. Jest istotny od samego początku: przy ocenie świeżości składników potrawy, aż do wpływu na odbiór smaku już przygotowanego dania. Gdy kolejne osoby zaczynają tracić węch, siłą rzeczy restauracje pustoszeją, jednak nie na tak długo, jak można by się spodziewać. Rozwiązanie problemu restauracji okazuje się dość proste  wystarczy wprawić w ruch ciężką artylerię. Wszystkie wydawane potrawy muszą być... mocniej doprawione. Zdaje to egzamin, sale stopniowo się zapełniają, a ludzie przyzwyczajają swoje kubki smakowe. Niestety, tylko zapachu świeżo zaparzonej kawy o poranku nic nie zastąpi.

Nawet, jeżeli lodówka świeci u nas pustkami, to zwykle na bocznej półce stoi rządek słoików. U mnie zwykle są to trzy otwarte musztardy, jeden prawie pusty po majonezie, który dawno już stracił datę ważności, a mimo to nadal nieźle wygląda i koncentrat pomidorowy w podobnym stanie. Niezaprzeczalnym mistrzem gromadzenia sosów w pustej lodówce jest oczywiście Edward Norton w Podziemnym kręgu, jednak ja plasuję się na miejscu zaraz za nim. Poniższa propozycja jest więc wykonalna w większości domów. Tak samo, oliwę można zastąpić innym olejem, a ocet cytryną. Musztardę na pewno macie.

Octowy shot
Wymieszać w równych częściach oliwę, musztardę i ocet lub sok z cytryny. W warunkach normalnych użyć jako sosu do sałatki, w przypadku utraty węchu  przechylić z kieliszka na raz.


Zmysł smaku

Jak widać, jest wyjście, a restauracje się nie zrażają. Przychodzi jednak moment utraty kolejnego zmysłu, tak ważnego dla branży gastronomicznej. To moment, w którym należy zadać pytanie: Jak gotować dla osób, które nie czują smaku?



Gdy traci się jedną rzecz, trzeba dać coś w zamian. A właściwie podkreślić to, co jest stałym ważnym czynnikiem odbioru jedzenia, chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. 

Restauracja pozostała miejscem spotkań, gdzie można posłuchać nalewanego wina i stukania kieliszków. 

Takie miejsce to coś więcej niż samo jedzenie: to atmosfera i estetyka otoczenia, odgłosy gotowania i rozmów przy każdym stoliku. Nam obecnie pozostaje zabawa w restaurację w domu. Zresztą całkiem niezła.

A co z samym jedzeniem? Jednak nie przyjdziemy do restauracji tylko po to, by siedzieć i słuchać stukających talerzy, główny bohater musi się w jakieś formie objawić. Problem rozwiązano” skupiając uwagę na konsystencji jedzenia. To zbiór wrażeń: twardości, struktury, czy też lepkości, z których nadal można czerpać satysfakcję. Na koniec zostawiamy także wygląd: zawsze istotny w celu wzbudzania apetytu, lecz w takiej sytuacji od estetyki jedzenia oczekuje się jeszcze więcej.
W filmowej restauracji doceniono takie nowatorsko podchodzące do tematu dania, jak lekki pudding z karmelizowanymi orzechami, jasnopomarańczowy sorbet i ciemnoniebieski deser z jagód i czarnej porzeczki. Ja wykonałam coś o wiele prostszego, jednak równie przyjemnego w chrupaniu. I nie są to czipsy.

Błyszczący karmel
Szklankę cukru (najlepiej trzcinowego) wsypać do garnka o grubym dnie, dodać 2-3 łyżki wody i podgrzewać. Mieszać tylko do momentu roztopienia się kryształków, później tylko uważnie obserwować. To, czy jest już gotowy można sprawdzić nabierając odrobinę na łyżeczkę i spuszczając kroplę do naczynia z zimną wodą  powinien zastygnąć. Kontrolować jego stan można także poprzez kolor karmelu. Gdy jest bardzo jasny, to znaczy, że za wcześnie. Gdy jest czarny, to za późno. Nabierać na łyżeczkę i tworzyć nim dowolny wzór na papierze do pieczenia. Pozostawić do zastygnięcia.




Bliżej końca

Co robi restauracja, gdy infekcja obejmuje kolejne zmysły? W wyniku skali epidemii, samo miejsce zostaje zamknięte, a jej pracownicy wynajęci do gotowania dla osób będących w kwarantannie.


Tłuszcz i mąka to wszystko czego potrzebujemy, by przeżyć.

To słowa wypowiadane przez zrozumiale zdołowanego właściciela restauracji, prorocze i nieco dyskredytujące makaron do poziomu najmniej wykwintnego dania. W skład zestawu, doręczanego osobom w kwarantannie przez odpowiednie służby, wchodzi bulion i czysty makaron  czyli tłuszcz i mąka. Być może lepszym rozwiązaniem byłoby serwowanie owsianki, która zawiera nieco więcej składnikow odżywczych. Musze przyznać, że nie należy ona do moich ulubionych dań, nie tylko ze względu na walory smakowe, lecz na jej ciaplatą konsystencję. Gdy jednak zapada epidemia i zmieniają się priorytety, dobrze jest liczyć na właśnie taką zdrową podstawę. Na szczęście jest to potrawa, z którą wbrew pozorom można nieco poeksperymentować i podrasować jej charakter.

Owsianka niedoceniona
Płatki owsiane
Mleko
Dowolny kremowy serek, np. mascarpone, ricotta
Orzechy, miód i inne dowolne dodatki

Płatki i mleko powinny być w proporcji 1:2. Podprażyć je wcześniej na suchej patelni, dopiero potem zalać w rondelku mlekiem i zacząć podgrzewać. Dodać ulubione dodatki: u mnie podprażone orzechy i miód. Warto także wmieszać niewielką ilością serka. Równie dobre efekty daje kontrast temperatur: gotową ciepłą owsiankę należy zalać w misce zimnym mlekiem. Zaskakująco dobre i proste.


Kończąc gadanie o jedzeniu i powracając do samego filmu: uderzające jest to, w jak spokojny sposób ukazane jest życie w czasie tak groźnej epidemii. Ludzie przyzwyczajają się. Znajdują nowe sposoby w mniej wygodnym życiu. Mimo przeszkód, życie toczy się dalej. Mogłoby się wydawać, że film jest o tej wielkiej filmowej miłości, pełnej uniesień i jedynej prawdziwej, odróżniającej się od reszty otoczenia. O doświadczeniach, które nie każdy ma okazję zaznać. Mówi on jednak o czymś, co dotyczy wszystkich ludzi, całej społeczności. Bazuje na przekonaniu, że sytuacje kryzysowe zbliżają do siebie ludzi. Momentach, w których wszystko inne wydaje się mnie ważne i nieistotne, a sam przelotny związek tym niezastąpionym. Na pewnym dobrym egoizmie, w którym do przetrwania potrzebujemy jedynie siebie nawzajem.


Jedna tylko uwaga. Niezależnie od sytuacji i mimo braku zmysłu smaku – nie warto jeść mydła. Nawet z Ewanem.

__________
Ostatnia miłość na Ziemi (Perfect sense), reż. David Mackenzie, Dania/Irlandia/Szwecja/Wielka Brytania 2011.