wtorek, 11 sierpnia 2020

Jagodowa miłość

Jest noc, prawie nad ranem. Ciężko podać dokładną godzinę – jednak niebo od dawna jest czarne. Noc w mieście nigdy nie jest jednak zupełnie ciemna. Rozświetlają ją migające światła reklam i neony barów, wywołujące mdłości u każdego architekta, a przypływy miłości u wszystkich fotografów. Siedząc w jednym z pustych już barów, smutno spoglądasz za okno, przyglądasz się blaskom, a w szybie widzisz odbicie swojej równie smutnej miłosnej historii. Możesz tak przesiedzieć do rana, w tym przyjemno-nieprzyjemnym zimnym świetle. Być może znajdziesz kompana swojej niedoli. Chociaż dzielenie się swoimi żalami z drugą osobą nie uleczy od razu złamanego serca, to zawsze stanowi pewnego rodzaju pocieszenie, jak i potwierdzenie zasadności własnego smutku.


Taką scenę – rozmowy dwóch zarywających noc przypadkowych osób ze złamanym sercem – znamy z „Jagodowej miłości (My Blueberry Nights) Wong Kar-Waia. Rozmawiają one na błahe tematy, mające skrywająć prawdziwą głębie i sens, starając się przy tym dojść do tego, czym miłość faktycznie jest. Życie zwykle nie jest w rzeczywistości wielką metaforą. Późne barowe rozmowy aspirują do bycia ambitnymi i odkrywającymi sens istnienia, jednak nie da się ukryć, że bliżej im do szukania tego sensu życia według Monty Pythona. Lubimy jednak wierzyć w tego typu symboliczne wręcz spotkania. W dniu następującym po zarwanej nocy, zamiast motywacji do podjęcia ważnej decyzji zmieniającej nasze życie, otrzymujemy jedynie ból głowy po zbyt dużej ilości wypalonych papierosów.

„Jagoda Miłość to film, którym można być oczarowanym. Ze względu na jego osobliwe postaci, do których szybko zaczynamy czuć sympatię. Typową choć ukazaną z nieoczywistej perspektywy historię, dopełnioną idealną muzyką. A przede wszystkim z powodu jego estetyki. Wolne, wręcz senne tempo przepływających kolorów i świateł to coś, czym zdecydowanie można się zachwycić w „Jagodowej miłości” – jak zresztą w każdym filmie Wong Kar-Waia. W tym przypadku zachwyt warunkowany jest jednak tym, czy oglądając go jesteśmy już zapoznani z pozostałą twórczością reżysera. Gdy film oglądałam po raz pierwszy  jakieś 10 lat temu  nie znałam jego innych obrazów. Więc się zachwyciłam. Plusem tej sytuacji jest to, że dzięki temu nie rozczarowałam się przy żadnym kolejnym obejrzanym filmie Kar-Waia, co byłoby całkiem możliwe przy odwrotnej kolejności. 


Niezależnie od ogólnego wrażenia, jakie film ten może po sobie zostawić – czy to zachwyt, czy może bardziej rozczarowanie – jednego odmówić mu nie można. Ukazanego w nim jagodowego ciasta nie da się zapomnieć. Wobec tak kuszącego deseru, jakim jest  jego kawałek podany z roztapiającymi się śmietankowymi lodami, w których to ciemny granat jagód łagodnie przechodzi w meandrujące smugi jaśniejszego fioletu… Nie można pozostać obojętnym. Patrząc na jagodowe ciasto doskonale odczuwamy, że zwykły wypiek stał się metaforą niebywale zmysłowej miłości. 

Wiele dopowiada także otoczenie. Ciasto podane na śniadanie w słonecznej kuchni będziemy odbierać inaczej niż to w blasku wieczornych świateł. W filmie tarta pojawia się w charakterystycznym miejscu, przytulnej małej kawiarni, mającej w ofercie wszelakie słodkości oraz pakiet pocieszenia serca przez Juda Law. O wiele częściej jedynymi otwartymi do późna barami okazują się być wszelkie fast-foody, a nie wyrafinowane cukiernie. Od biedy możemy jednak sięgnąć po przykład baru z kebabem, oświetlonego przeraźliwie białymi neonówkami. Przecież nadal widzimy światła nocy za szybą. Kebab metaforą miłości? Będzie ciężko to zaakceptować, choć wypadające z niego wszystkie składniki wraz z sosem wydają się aspirować za wszelką cenę do miana zmysłowych doznań. 


Jeżeli mielibyśmy podchodzić do Jagodowej miłości z chęcią wyciągnięcia jakiejś nauki dla siebie (co może nie zawsze jest słusznym podejściem do filmu, to jednak nie da się ukryć, że często mniej lub bardziej świadomie tak odnosimy się do tego, co zobaczymy na ekranie), to w tym filmie zdecydowanie będzie  to miłość do samego siebie. Wiem, brzmi to jak niezbyt oryginalny i bardzo ckliwy tekst samorozwojowy. Jednak to tak bardzo rzuca się w oczy, że ciężko ubrać to subtelniej w słowa. Kolejną oświeconą prawdą jest to, że nieszczęśliwa miłość pozostawia plamy, których nie można doprać. Takie same jak te po czerwonym winie na jasnej bluzce, wylanym przy piciu nocą jako lekarstwa na złamane serce. Tak samo mocne, jak te po jagodach. Prawdziwą sztuką będzie sprawienie, by miłość do samego siebie pozostawiła podobnie trwałe ślady.


Jak to się jednak stało, że w filmie nikt nigdy nie zamawiał tak kuszącego jagodowego ciasta? Nie można o to obwiniać samego wypieku. To kwestia szerokiego wyboru. Gdyby obok nie stały inne słodkości, z pewnością każdy skusiłby się na kawałek ciasta o niebieskim nadzieniu. Prawdą jest, że jagodowy placek nie wygra z szarlotką ani czekoladowym ciastem. Gdyby stał samotnie, na pewno zostałby zjedzona. Mimo że zdarza się mieć ochotę na jagodowe ciasto – wygląda przecież cudownie, wręcz jak żywcem wyciągnięte z bajki – to jednak ono zawsze rozczarowuje. Jagody, choć w wersji solo są zniewalające, to po dodaniu ich do ciasta tracą cały swój urok. Smak też, a jego ostatki tak łatwo jest zabić zbyt dużą ilością cukru. Problemem często jest także konsystencja nadzienia, zwykle uciekającego z blachy jeszcze w piekarniku. 

Przy ostatnim moim podejściu do tego wypieku stał się cud. Kluczem do sukcesu okazały się dwie lampki czerwonego wina, wypite przed kolacją na pusty żołądek. Gotowanie pod wpływem alkoholu nie jest najlepszym pomysłem, a już na pewno niezgodnym z wszelkimi zasadami BHP (o ile ktokolwiek je pamięta po szkoleniu). Mimo to moja brawura zamiast do oparzenia rozgrzaną blachą doprowadziła do stworzenia wyczekiwanego od lat jagodowego ciasta idealnego. Początkowo powstawało według przepisu, jednak w trakcie stanęłam przed trudnym wyborem: czy wybrudzić książkę kucharską kawałkami ciasta, czy też improwizować. Wybrałam to drugie. Choć będąc w stanie nie do końca trzeźwym, to jednak szczęśliwie bez złamanego serca, udało mi się w końcu upiec coś o odpowiedniej konsystencji i dobrze wyważonej słodyczy. Nie ma jedynie eleganckiej kratki – bo do jej zrobienia zawsze braknie mi ciasta. 


Jagodowe ciasto na złamane serce
uproszczona wersja przepisu z książki Zielona uczta: wiosna, lato Nigela Slatera
ciasto:
250g mąki pszennej
120g masła
3 łyżki cukru pudru
1 jajko

nadzienie:
2 szklanki jagód
3 łyżki mąki kukurydzianej
1/2 szklanki cukru
cytryna

Ciasto zagnieść z mąki, masła, cukru i jajka. Otrzymaną masą (dość sypką) wyłożyć okrągłą formę (o średnicy 26 cm). Jagody wymieszać z cukrem i mąką kukurydzianą, skropić sokiem z cytryny. Wyłożyć na ciasto. Piec około 30 minut w 200 stopniach. Powstrzymać łzy nad talerzem, bo słonego ciasta nikt nie zje.
__________
Jagodowa miłość (My Blueberry Nights), Won Kar-Wai, studio Block 2 Pictures / Jet Tone Production / Lou Yi Ltd. / StudioCanal, Chiny / Francja / Hongkong / USA 2007.

poniedziałek, 27 lipca 2020

Przepraszam, jaki dzisiaj dzień?

Uwaga, wpis zawiera mniejsze i większe odniesienia do fabuły serialu Dark, które mogą być uznane za spoilery. Ale nie zdradzają one samego zakończenia. Można czytać.



Może mieliście kiedyś poczucie bycia w pętli? Mam nadzieję, że nie. Zdarza się ona jednak w tak zwanym gorszym okresie, kiedy  to codziennie robisz dokładnie to samo, w tej samej kolejności i z tym samym dziwnym uczuciem, że coś cię omija. Że coś jest nie tak jak powinno być. A ty jesteś na tyle bezsilny, że nie potrafisz tej pętli przerwać. Ustalenie sobie powtarzalnego harmonogramu dnia zwykle jest pomocne w stanach depresyjnych. Ale co jeśli rutyna także do nich prowadzi? Początek jest końcem, a koniec jest początkiem? 

W serialu Dark czas – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość – odgrywa główną rolę. A właściwie to silne pragnienie jego zmiany. Powrotu do przeszłości, by zmienić bieg wydarzeń. Wycieczek do przyszłości. Pozostania na swoim miejscu. I zrozumienia, w jaki sposób wszystko się łączy.



Wycieczki po czasie potrafią generować nietypowe sytuacje. Wiadomo. Korzystanie w życiu codziennym z motywu sugerującego tego typu podróże to trochę takie moje niespełnione marzenie – konkretnie mam na myśli pytanie obcych ludzi o to, jaki dzisiaj dzień. W sumie nie jest to aż tak dziwne pytanie, wystarczy się wystylizować na bycie nieco wczorajszym, a wszystko będzie jasne. Myk polega jednak na tym, żeby po otrzymaniu odpowiedzi, zadać kolejne pytanie: „27 lipca. Ale jakiego roku?”. Dotychczas brakowało mi odwagi. Po chwili analizowania przebiegu takiej przykładowej sytuacji doszłam jednak do wniosku, że budzenie przerażenia w nieznajomych osobach nie jest aż tak fajne, jak mogłoby się wydawać. 

Zamiast tego, niezmiennie wpadam w taką czasową pętlę. Czy z własnej winy? Czy może muszę w nią regularnie wpadać, bym w przerwach między kolejnymi seriami beznadziei mogła być tym, kim jestem? Co prawda, w mojej pętli wszystko wydaje się jakby mniej istotne od tej serialowej, posiadającej widmo zbliżającej się apokalipsy. Mimo iż widzę z okna nieczynną elektrownię (nie atomową, ale od czego jest wyobraźnia), to w moim świecie nadal czas upływa bez bohaterskich prób ratowania za wszelką cenę siebie oraz innych. Za to mija on z równie destrukcyjnym co awaria w elektrowni poczuciem braku sensu. Może znajomość dokładnej daty apokalipsy zmobilizowałaby mnie do działania. Obawiam się jednak, że tylko przykryłabym się kocem i rozpoczęła codzienne pasmo użalania. 


A gdyby tak ktoś pomachał mi w tym momencie Twixem przed nosem? Przecież co jak co, ale poszłabym za batonikiem wszędzie. Jeśli więc ktoś z przyszłości planuje się u mnie pojawić w celu zmiany biegu rzeczy z hasłem: „Chodź ze mną. Musisz mi zaufać. Kiedyś zrozumiesz”, to lepiej żeby dopowiedział, „Chodź, w 1986 roku też mamy Twixy”.

Dark, sezon 1, odcinek 4: Podwójne życie

Tak, mieli. Nie ma w tym nic zaskakującego, ale podejrzewam, że nie każdy śledzi dokładnie historię firm produkujących słodycze. W serialu mimochodem i kilkukrotnie pojawia się rzeczony batonik, tyle że pod nazwą funkcjonującą jeszcze w 1986 roku (aż do 1991 roku) – czyli Raider. A głównie to opakowania po nim. Batonik ten jest w serialu jednym z „oczek” puszczonych w stronę widza, pamiętającego lata 80. W szczególności widza niemieckiego, ponieważ sprawa zmiany nazwy batonika z Raidera na nowoczesnego i międzynarodowego Twixa swego czasu budziła spore kontrowersje. Rozumiana była jako niepotrzebne ulepszanie czegoś, co się sprawdza. Zauważano także brak sensu w zmianie, która tak naprawdę nie nic nie zmienia w samym batoniku – poza nazwą. Hasło reklamowe „Raider heißt jetzt Twix, ...sonst ändert sich nix” („Raider nazywa się teraz Twix, więcej nie zmienia się nic”) używane jest do dzisiaj jako powiedzenie mówiące o zmianach, które tak naprawę nie nic nie zmieniają, nie wnoszą niczego nowego.

W serialu poszczególne postaci kilkakrotnie zmieniają imiona. Czasem z konieczności ukrywają własną przeszłość. Czasem zmieniają imię z własnej woli, by na własną rękę swobodniej dokonać zmian rzeczy dla nich istotnych. Nadal jednak są tymi samymi pionkami w grze, niezdolnymi do całkowitego zapomnienia o swojej pierwotnej tożsamości. 

Główni bohaterzy nieustannie starają się zapobiec przyszłości, którą widzieli. Z czasem (...ale którym?) zaczynają zauważać, że niezależnie od swoich wysiłków, wszystko i tak prowadzi do tego samego  do końca znanego im świata. Drobne wydarzenia mogą potoczyć się inaczej, jednak wszystko wskazuje na to, że nie można uniknąć tego, co już raz się wydarzyło.

Historię zmiany nazwy Raidera i fabułę serialu łączy więc podobna refleksja – czy możliwa jest jakakolwiek prawdziwa zmiana rzeczywistości? Czy bawimy się jedynie w zmiany samych szczegółów, a przeznaczenie prędzej czy później i tak nas dosięgnie?


W serialu wszystko wyjaśni się w ostatnich odcinkach. W naszej rzeczywistości pozostaje nam jedynie umilanie sobie czasu podczas szukania rozwiązania na ważkie pytania bez odpowiedzi. Najlepiej sprawdza się w tym celu deser, który nie jest początkiem ani końcem. I jak wiadomo, takie słodkie sałatki z batoników posiadają zdolność przenoszenia do czasów dzieciństwa.



Deser, który nie jest początkiem ani końcem
1 porcja
1 opakowanie batonika Twix
1 kwaskowate jabłko
70g kremowego serka (np. Bieluch)
kakaowe mleko zagęszczone do polania

Twixy kroimy na mniejsze kawałki. Jabłko kroimy w kostkę. Mieszamy z serkiem, przekładamy do miseczki i polewamy odrobiną mleka zagęszczonego. Jemy i nie zadajemy  zbędnych pytań.


PS Koncern Mars produkujący Twixy niestety nie płaci mi za robienie im metafizycznej reklamy. Ale jeżeli by zechciał, to poproszę dwa kartony batoników.
__________
Dark, Baran bo Odar, Jantje Friese, Wiedemann & Berg Television, Netflix, 2017-2020 Niemcy.

czwartek, 16 lipca 2020

Przyniosłam arbuza

„I carried a watermelon to dobrze znane słowa wypowiadane przez Baby, gdy tuż przed nią wyłania się roztańczony Patrick Swayze w równie roztańczonym Dirty Dancing. To niefortunne zdanie, mimo że prawdziwe, okazuje się być czymś, z czego bohaterka nie będzie dumna. Doskonale przedstawia ono paplaninę, która prawie zawsze ma miejsce w tym pięknym momencie – gdy spotykasz kogoś, kto bardzo ci się podoba. I której nie dość, że bardzo szybko zaczynasz żałować, to jest też całkiem możliwe, że będzie cię prześladować nocami.


Mnie ten problem raczej nie dotyczy. A dlaczego? Czyżbym uważała siebie za tak elokwentną i opanowaną osobę? Oczywiście, nie. Przyczyną, dla której z moich ust tego typu beznadziejne zdania zbyt często nie padają jest to, że w takich chwilach nawet pojedyncze moje słowa są niezrozumiałe dla innych. Dla mnie samej czasem też nie. Wyrazy składające się w całe może i bezsensowne, lecz prawidłowe zdanie, z miarę porządna składnią, i na dodatek wypowiedziane wystarczająco głośno... naprawdę rzadko mi się zdarzają. Zwykle sukcesem jest tylko to, jeśli kogoś przy tym przypadkowo nie opluję.

Oczywiście znajdzie się w mej pamięci kilka odważnych i bardziej rozbudowanych wypowiedzi „na podryw”, którymi mogę się pochwalić. Na przykład, zdarzyło mi się opowiadać jakąś niesamowitą anegdotę o chlebie wystającym z kieszeni, zakończoną twierdzącym zdaniem „to było bardzo zabawne” chociaż wcale takie nie było. Przytaczałam źle zapamiętane cytaty z kultowych filmów. Raz też zabawiałam pewnego chłopaka błyskotliwą opowieścią o morderczej maszynie do lodów, która wciągnęła kelnerkę w jednej z miejscowych cukierni. Myślę, że nie muszę dopowiadać jaki był efekt tych moich wysiłków. Pamiętam jedynie jedno zdanie wypowiedziane jako pierwsze z mojej strony, a które otrzymało dość pozytywny odbiór – było to niezastąpione pytanie w postaci „otworzysz mi piwo?”.



Ale do rzeczy. Przecież Baby wcale nie targała ze sobą tych arbuzów tylko po to, by się ośmieszyć przed przystojnym tancerzem. Akcja filmu toczy się w Ameryce lat 60., czyli okresie znanym z miłości do „polinezyjskości”, a przede wszystkim hawajskości. Uczucie to oczywiście idzie w parze z namiętnym dodawaniem tropikalnych owoców praktycznie wszędzie, gdzie tylko jest to możliwe. Niekwestionowanym zwycięzcą tego rankingu jest oczywiście ananas. Ale nie o nim dziś mowa. Same arbuzy, chociaż będą może nieco mniej oczywistym skojarzeniem z Hawajami niż ananasy i kokosy, to również na tym terenie są z powodzeniem uprawiane. Są też idealne do przetworzenia na napoje, co zapewne było ich przeznaczeniem na imprezie dla filmowych pracowników ośrodka wypoczynkowego.

To zafascynowanie Hawajami i szeroko rozumianymi tropikami prowadziło do, jak to zwykle bywa, spłycenia bogatej kultury do zwykłego trendu. Jednym z przejawów tej mody będą popularne do dziś Tiki Bary oraz podawane w nich drinki, zwykle w naczyniach bądź specjalnie wydrążonych owocach, nawiązujących formą do hawajskich mask przedstawiających bogów i przodków. Oczywiście większość menu tego typu barów z prawdziwą polinezyjską kuchnią ma niewiele wspólnego, poza wspólnym mianownikiem w postaci użytych owoców. Cała reszta zwykle była jedynie wariacją na ten temat, a już Tiki Drinki są wynalazkiem typowo amerykańskim. I typowo turystycznym1.


Mimo mieszanych odczuć co do nieprzemyślanego przekształcania kultury na modę – bo często niewinne rozrywki mogą prowadzić do krzywdzących uogólnień – to nie mam nic przeciwko samym owocom przynoszonym na imprezy. Wręcz przeciwnie, ze względów praktycznych uważam to za świetny pomysł, o wiele lepszy niż kolejna paczka czipsów. I tutaj mam już nieco większe doświadczenie, bowiem często (może zbyt często) widziałam podrzucone na imprezę ananasy i melony, lodówkę znajomych wypełnioną kokosami, a nawet kiść bananów samotnie podróżującą tramwajem, która później w niewyjaśnionych okolicznościach pojawiła się na tym samym spotkaniu, co ja. Nie można również zapomnieć o wydrążonym połówkach arbuza w rękach zbierających zlewki alkoholu bywalców Przystanku Woodstock, czego sama nie praktykowałam, ale będąc tam uniknięcie tej sytuacji jest praktycznie niemożliwe. Zresztą zrobienie sobie misy z arbuza zdaje się być dość intuicyjnym i rozsądnym pomysłem w powyższych okolicznościach.

Wydaje się także, że arbuz na tanecznej imprezie będzie znacznie lepszym rozwiązaniem od każdego innego owocu. W przeważającej części składa się on z wody, więc w wersji bezalkoholowej doskonale zgasi pragnienie. A w wersji z procentami? Też ugasi, ale ostrzegam, że późniejsze tańce mogą okazać się już nieco zbyt wirujące.


Dirty watermelon
20 ml wódki miętowej (np. żołądkowa gorzka z miętą)
1-2 średniej wielkości plastry arbuza (około 1 szklanki rozdrobnionego miąższu)
szampan półsłodki do dopełnienia
kostki lodu
listki mięty i cząstka arbuza do dekoracji
mocna głowa

Miąższ arbuza blendujemy lub dokładnie rozgniatamy, oddzielamy sok od miąższu na sitku. Możemy też jak normalny człowiek użyć wyciskarki. Z tej ilości powinniśmy uzyskać około 1/2 szklanki soku. Do wysokiego kieliszka koktajlowego dodajemy kostki lodu, wódkę i sok z arbuza. Uzupełniamy szampanem. Dekorujemy listkami mięty i cząstką arbuza. Mile widziane słomki i parasoleczki.

Posiadając całego arbuza i flaszkę, można pokusić się o wykonanie drinka w zwiększonych proporcjach, w wydrążonym owocu. Bo przecież szampan zmarnować się nie może. Przeznaczeniem tej misy dobroci powinno być jednak wylądowanie na dużej imprezie, w przeciwnym razie nie będziecie wiedzieli, jak się nazywacie. 
__________
Dirty Dancing, reż. Emile Ardolino, Great American Films Limited Parntership / Vestron Pictures, USA 1987.
1 M. Singh, Let's Talk Tiki Bars: Harmless Fun Or Exploitation?, npr.org, 07.09.2016.